W tym dniu umówiłam się z moją byłą nauczycielką, panią Tasaki. Ponieważ doskonale zna miasto, zaoferowała naszej trójce oprowadzenie po Tokio.
Tego samego dnia rozpoczęło się pełne kwitnienie drzew wiśni, wiele ludzi organizowało sobie pikniki w parkach i gdzie tylko było miejsce pod sakurą.
Na początek zabrała nas na pobliski punkt widokowy - wjechaliśmy przeszkloną windą na najwyższe piętro i podziwialiśmy poranne krzątanie mieszkańców. Stamtąd było widać nasz główny cel wycieczki - stara dzielnica Asakusa wraz ze świątynią Sensouji.
Następnie, również piechotą, udaliśmy się na wodny autobus!
Przepłynęliśmy przez paręnaście mostów i wyjątkowo z okazji kwitnienia wiśni zatoczyliśmy dodatkowe kółko po obrzeżach parku z wieloma drzewkami :)
Ślicznie!
Poszliśmy w kierunku świątyni ciasnymi uliczkami, przez niezliczoną ilość małych sklepików. Oczywiście kupiliśmy pamiątki, drobne przekąski i dalej przeciskając się przez morze ludzi doszliśmy do świątyni Sensouji.
Powachlowaliśmy się kadzidłem dla uleczenia chorych miejsc, cyknęliśmy wspólne foto i poszliśmy zjeść. Pani Tasaki zaprowadziła nas do miejsca, gdzie można samemu dobierać dodatki i napoje do woli! Najedliśmy się do syta i... podreptaliśmy dalej, do muzeum. Było tam pełno makiet, część ruchomych, a co jakiś czas dawano pokaz! Pani opowiadała co się dzieje, a nasza Pani starała się tłumaczyć i zawsze przepychała nas do przodu, żebyśmy mieli najlepsze widoki ;D
W końcu zaczęły się komunikaty z prośbą o opuszczenie muzeum, była już późna godzina! Udało nam się zwiedzić ze dwa piętra, które opowiadały o najstarszych czasach. Ponownie kupiliśmy drobne pamiątki i udaliśmy się do ostatniego punktu wycieczki.
Kolejny taras widokowy, tym razem z widokiem na oświetlone neonami miasto.
Pożegnaliśmy się na stacji metra wymieniając się podarkami z potwornie bolącymi stopami, pani Tasaki nie dała po sobie nic poznać, ale na pewno czuła ogień w nogach ;)
W drodze powrotnej postanowiliśmy skorzystać z pięknej, ciepłej nocy. Pozazdrościliśmy Japończykom ich pikników i zrobiliśmy własny, w pobliskiej świątyni. Trwały tam ze trzy pikniki, znaleźliśmy własny kąt i otworzyliśmy pierwsze piwa.
Wkrótce pobliskie party poczęstowało nas swoim alkoholem, potem przekąskami, nikujaga domowej roboty i tak się sprawy potoczyły, że wraz z polską śliwowicą wszyscy udaliśmy się na karaoke :D
Zabawa trwała około godzinę, pośpiewałam smętne japońskie piosenki (chociaż w większości markowałam, bo nie umiem czytać kanji ;)), nawet zaśpiewaliśmy jedną polską piosenkę.
Okazało się, że ta grupa Japończyków pracuje w Soft Banku, czyli są to znajomi z pracy z dość zamożnej firmy. Jeden pan wyjątkowo szybko się upił (wszyscy od początku byli podchmieleni) i obdarował nas zawieszkami ze słynnego filmu "tonari no tottoro". Wspólnie ochrzciliśmy go Tottoro, nawet wyglądał podobnie!
Pożegnaliśmy się i poszliśmy do hotelu, wystarczająco dużo wrażeń zażylismy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz